Słówko od trenerów

Źródło: La Voz

Autor wywiadu: Germán Arrascaeta

Tłumaczenie: własne (kopiowanie bez podlinkowania źródła ZABRONIONE)

Mau y Ricky: Na sympatię od ludzi trzeba sobie zasłużyć

Wenezuelski duet szykuje swój najbliższy koncert w Córdobie oraz analizuje swoje role w programie "La Voz Argentina", gdzie przeszedł od nienawiści do miłości tłumów w zaledwie kilka odcinków.

Mau y Ricky jadą na jedną z prób poprzedzających trasę, której początek, czyli koncert w Córdobie, czeka nas już 11 września. Przemieszczają się samochodem. Ricky prowadzi, natomiast Mau sprawdza konfigurację Zooma nastawionego na pogadankę z VOS (jeden z działów na stronie La Voz). Jednak w momencie, gdy czeka on tylko na przeprowadzenie wywiadu, docierają do punktu poboru opłat, gdzie poświęcają chwilę, aby powitać osobę siedzącą w budce, a także zrobić z nią wspólne zdjęcie. 

Muszą się śpieszyć, ponieważ bezpośrednio za nimi powstał już ciąg niecierpliwych samochodów, z kolei na łączu oczekuje dziennikarz. 

"Wszystko to czego doświadczamy jest naprawdę niesamowite." stwierdza Mau w odniesieniu do miłości otrzymywanej od argentyńskich słuchaczy. Właśnie w tym kraju urodził się ich ojciec (Ricardo Montaner - legenda romantycznej muzyki), jak również było im dane wystąpić, po raz pierwszy w życiu, jako sędziowie w popowym reality show. Mowa o "La Voz Argentina", telewizyjnym fenomenie, podczas którego liczyli się jako jeden głos (w finale decyduje publiczność), traktowany z pewną podejrzliwością, szczególnie kiedy oceniali bardziej doświadczonych artystów.

Mau y Ricky mają na swoim koncie dwie płyty ("Para aventuras y curiosidades" z 2019 oraz "Rifresh" z 2020) wpasowane w realia elastycznego, latynoskiego popu.


"Jesteśmy bardzo zadowoleni, ale trzeba podkreślić, że nasza sytuacja nie wyglądała tak jak wygląda w tej chwili od samego początku." przyznaje Mau. "Kiedy dołączyliśmy do programu czekało nas tam prawdziwe tsunami nienawiści. Oczywiście Ricky i ja musieliśmy pokazać ludziom co właściwie tam robimy, a także kim jesteśmy."

"Nie musieliśmy udowadniać niczego osobom, które słuchają naszej muzyki, ale innym pokoleniom już tak. "Hej, a kto to taki?" "Tato, to Mau y Ricky." "Dlaczego dołączono ich do La Voz Argentina?". Wszystkie te akcje działy się tylko podczas pierwszych odcinków, później było pięknie." dodaje Ricky.

Jeszcze przed pożegnaniem uczestników "La Voz Argentina" mówicie im, aby się nie zniechęcali, bo na starcie zamknięto przed wami tysiące drzwi. Czy to prawda? Dotarcie do miejsca, w którym znajdujecie się teraz trwało aż tak długo?

Ricky: Jest wiele sposobów w jakie moglibyśmy odpowiedzieć na to pytanie. Jedna z odpowiedzi mówi, że sympatia ludzi nie zwraca uwagi czyim jesteś dzieckiem - nieważne czy będzie to Montaner, Matka Teresa z Kalkuty czy nawet sam Michael Jackson. Po prostu trzeba na nią zasłużyć. Dorastając jako synowie Montanera mogliśmy liczyć na wszystkie rady, których udziela również uczestnikom "La Voz Argentina". Program kieruje się tym jak naprawdę funkcjonuje branża muzyczna. 

A jak funkcjonuje?

Ricky: Nawet jeżeli podczas programu uczestnicy osiągnęli poziom odpowiedni dla tej rywalizacji, przynajmniej według oceny trenerów, pod koniec dnia odbiorcy oddadzą swoje głosy na tych z nich, których kochają najbardziej. I nie ma to nic wspólnego z faktem czyimi są dziećmi. Powiązania z Montanerem nie ułatwiły nam naszej przygody w branży. Zdobycie ludzkiej sympatii zajęło nam całe 12 lat. Ten proces kosztował nas całkiem sporo; o wiele więcej niż tak naprawdę uświadamiają to sobie ludzie. Właśnie dlatego nasz przekaz dociera nie tylko do uczestników, ale również do osób przed telewizorami. 

Mau: Ludzie oczekują, że opowiemy im coś innego, że nasze początki wyglądały inaczej. Ale nawet bez tego wnosimy tu doświadczenie. To droga, która bywa trudna i zmienia się w zależności od twórcy. Osoba z mniejszymi "znajomościami" może wybić się za pomocą swojej pierwszej piosenki, a co za tym idzie zdobyć natychmiastową sympatię. Dla innych trwa to dłużej. Lubimy służyć jako wsparcie, zasiewać w ich życiu coś istotnego.

Na waszej pierwszej płycie znalazło się kilka kolaboracji, ale na drugiej już nie. Czy właśnie tak wpłynęła na was pandemia?

Mau: Myślę, że nie tylko. To była artystyczna decyzja... Ricky i ja uwielbiamy kolaboracje, szczególnie wtedy, kiedy tworzymy je wraz z przyjaciółmi albo po prostu z osobami, które podziwiamy. Jeśli chodzi o płyty to działa tu logistyka. Czasami spowalnia naszą pracę. Kolaboracja to połączenie 50/50. W przypadku "Rifresh" bardzo jasno określiliśmy sobie ogólną wizję albumu oraz to na jakim konkretnie brzmieniu nam zależy. Mogliśmy odpuścić te 50%, ale istniało ryzyko, że wtedy nie mielibyśmy z tego ani grosza. Nie zdołaliśmy zrealizować wizji, którą widzieliśmy tak przejrzyście.

Ricky: Poza tym oczywiście trwała pandemia. "Rifresh" powstawał na samym jej początku, kiedy wszystko wydawało nam się takie niepewne i trudne. Byliśmy tylko my, nasz producent oraz nasze kobiety. Niektóre rzeczy można wysłać mailem, ale z całą pewnością nie sprzyja to tworzeniu teledysków... Doszliśmy do wniosku, że po prostu musimy zrobić to sami. Dzisiaj, po wypuszczeniu wszystkiego co przygotowaliśmy, mogę śmiało pogratulować nam dobrej decyzji. Moim zdaniem ta płyta okazała się przełomem dla naszej marki. Dała nam silną tożsamość.

"Rifresh" umieścił was również w segmencie, który umownie określa się jako "muzykę miejską". Czy taka etykietka nie jest dla was ograniczeniem?

Ricky: Ja generalnie nie lubię etykietek. Moim zdaniem rzeczywiście robimy takie rzeczy, ale oprócz tego mamy też pop, rock & roll i wszystko inne. Bo właśnie tego słuchamy, słuchamy każdego gatunku. Na przykład na mojej playliście możecie znaleźć kolejno Linkin Park, Eminema, a potem jeszcze Sin Bandera. Mówię tu o moim dzieciństwie - było bardzo zróżnicowane. Nie jestem wykonawcą reggaetonowym, chociaż kocham reggaeton.

Czy istnieje jakiś świat poza tym?

Ricky: Jest wielu artystów, których nazywam swoimi przyjaciółmi, a którzy zajmują się tym gatunkiem. Wbrew obiegowej opinii bycie reggaetonero nie polega tylko na szastaniu rytmem dembow; to naprawdę oddzielna kultura... Ma wiele dźwięków stosowanych również w naszej muzyce. Uwielbiamy porywać  do tańca, tworzyć prawdziwie imprezowy klimat. Ale są też inne gatunki, które pojawiają się w tym co tworzymy. Media przejawiają tendencję do ujednolicania, podczas gdy linie rozgraniczające poszczególne brzmienia zacierają się z każdym dniem, a w wielu przypadkach po prostu już nie istnieją. Z drugiej strony, nie wszystko co zawiera rytm dembow to od razu reggaeton. 
***
Jako dzieci z chrześcijańskiej rodziny Mau y Ricky powinni balansować tak, aby nie przesadzać z zadziornością i nie wyszczególniać w swojej muzyce tematyki seksualnej. Ale oni idą własną drogą. "Wcześniej kompozytorzy posługiwali się innym językiem, takim pełnym metafor. Teraz przeszli na bardziej potoczny, oparty na wyrażeniach używanych na co dzień. Ale to nie umniejsza ich pracy, ani nie zabiera im nazwy piosenek o miłości." podkreśla Ricky, który podobnie jak brat komponuje z użyciem gitary, na świeżym powietrzu, zerkając na zatokę Biscayne widoczną z doków domku w Miami Beach, gdzie urządzili sobie studio. 

Projekty artystyczne tworzone przez rodzeństwa mogą działać negatywnie, ponieważ niektóre z nich z czasem osłabiają tę więź...

Mau: Jeżeli Ricky i ja nie rozdzieliliśmy się, kiedy obydwaj pozowaliśmy na dupków, to nie rozdzielimy się nigdy. A tak całkiem serio, twoje stwierdzenie jest dość śmieszne, ale spojrzenie pt. "bracia nie potrafią współpracować, bracia ciągle ze sobą walczą" wydaje mi się całkiem normalne. W naszym przypadku działa to tak, że pracujemy ze sobą na tyle długo, że wytworzyliśmy formę tej pracy opartą na wzajemnym podziwie oraz szacunku. Ricky to jeden z najlepszych songwriterów, jacy funkcjonują aktualnie w naszej branży. I uwielbiam być z nim w zespole. Byłbym prawdziwym głupcem opuszczając kogoś kto jest dla mnie jak Messi dla swojej drużyny. Najpiękniejsze, że ustaliliśmy, że w naszym projekcie nie będzie żadnego lidera.

Nie?

Mau: Ricky to dla mnie lider w wielu aspektach, m.in tym kreatywnym. Trzeba wyciszyć ego. Ego jest beznadziejne, ponieważ ogranicza nas w każdym możliwym sensie. Jeżeli istnieją jakieś rzeczy, w których po prostu przoduje Ricky, najrozsądniej byłoby pozwolić, aby mnie prowadził, ponieważ w ten sposób możemy daleko zajść. Jeśli będę uparcie robić swoje, wiedząc, że on zna się na tym lepiej to ograniczę sam siebie. Ja rządzę w innych sprawach takich jak finanse, inwestycje, nasza przyszłość oraz rzeczy duchowe.

Ricky: Czyli w tych równie istotnych.

Czego oczekiwać od reality show takiego jak "Los Montaner" i jak bardzo naturalne może to być?

Mau: Będzie pełne spontaniczności. Dla nas ważne jest to, aby ludzie poczuli się częścią naszej rodziny. Już i tak są dla nas istotni poprzez rzeczy takie jak portale społecznościowe albo La Voz... ale to tylko części zastępcze. Ludzie nie identyfikują się z tym co nieautentyczne. Wiedzą, że wszystko w naszej rodzinie budowane jest na miłości.

Obserwowaliśmy wasze losy: najpierw dyskredytację, natomiast później, po zaledwie kilku odcinkach odkryliśmy w was czułych, empatycznych jurorów. Nie mniej jednak uczestniczka Jessica twierdzi, że ty, Ricky, potraktowałeś ją źle. Czy masz coś do powiedzenia?

Ricky: Nie zrobiłem niczego takiego. Jedyne co mogę powiedzieć to tylko fakt, że po prostu to uwielbiam. Przez całe życie udowadniamy wszystkim wartość naszej pracy. Występ w Córdobie przemówi sam za siebie. Ludzie nie mogą tego przegapić. Jeżeli do tej pory patrzyłeś na nas sceptycznie, a potem zobaczysz nasz występ, stwierdzisz "wow, to naprawdę muzyka na najwyższym poziomie". Koncerty na żywo są najlepszym co mamy. To szalone widowiska. Noc w Córdobie będzie dokładnie tym na co czekaliście po kwarantannie.

W 2021 nagraliście single z Carlosem Vivesem, z Sebastiánem Yatrą oraz z Melendi... Czy wykonacie je na koncercie?

Mau: Zamierzamy uwzględnić kilka z nich. Układając tracklistę robiliśmy to z myślą, aby uznać ten występ  za najlepszy w naszej karierze. Dlatego są też piosenki, które wykonamy po raz pierwszy. Jeżeli jesteś naszym fanem, ten koncert doprowadzi cię  do szaleństwa; jeżeli nie, cóż, zrobi dokładnie to samo. Wrzucamy tam wszystko. W tej chwili jedziemy na próbę. Będziemy ćwiczyć aż do daty pierwszego koncertu, aby uzyskać pełnię tego na co zasługują nasi odbiorcy. Ups... zbliżamy się do kolejnej bramki. To na razie, bracie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Siła spokoju

Praca, praca i jeszcze raz praca

6/10